Chęć wyjazdu do egzotycznego kraju towarzyszyła mi odkąd pamiętam. Tak się złożyło że dopiero od kiedy zamieszkałem w Warszawie nadarzyła się okazja żeby ten plan zrealizować. Impulsem do tego była z pozoru dość nieprzyjemna sytuacja, a dokładniej zwolnienie z roboty. Ponieważ od dwóch lat zasuwałem w kieracie, to moja pierwsza reakcja była więc entuzjastyczna. Chyba dzięki temu tak łatwo zdecydowałem się na to żeby samemu lecieć do Indii. Jednego dnia zrobiłem wszystkie szczepienia i kupiłem bilet do Delhi. (jedyne 2100 złotych w obie strony)(co do szczepień to te tez nie są tanie, myślę ze za wszystkie zabuliłem kolo 400. Po leki na malarie udałem się do Instytutu Chorób Tropikalnych kilka dni przed odlotem. Od wejścia zostałem zjechany przez doktora; dlaczego nie przyszedłem tydzień po powrocie?, ale i tak dostałem receptę na Arachin, a po krótkiej rozmowie staruszek się rozchmurzył i dał mi radę, niestety za późno, że gdybym zrobił szczepienia u nich w instytucie to byłoby znacznie taniej) Zostały mi 2 tygodnie do wylotu w trakcie których czułem się jakbym miał znów iśc do pierwszej klasy, przez większość czasu miałem żołądek w przełyku. Dwa dni przed wyjazdem nie miałem jeszcze planu co konkretnie chciałbym zwiedzić w Indiach. Przeczytałem kilka relacji z netu, poczytałem trochę w przewodniku National Geographic (ładne foty, ale jako przewodnik się nie sprawdził, za mało konkretnych informacji zwłaszcza adresów hoteli i restauracji, oraz wielu innych praktycznych informacji). W natłoku niezbyt różowych myśli majaczyło mi że chciałbym dotrzeć do Leh. Po wylądowaniu w Delhi okazało się to moim nadrzędnym celem:) Zgadnijcie czemu. Może też od razu napisze jak się spakowałem, i co z tego mi się przydało a co nie, może ktoś skorzysta kto tak jak ja pierwszy raz ładuje się w taką podróż (to był mój pierwszy wyjazd na inny kontynent wiec proszę się nie śmiać że spakowałem się jak na wojnę) na początek wiadomo skarpetki majty i podkoszulki, jak nie chcemy kupować na miejscu to z 5-6 par wszystkiego wystarczy żeby chodzić zawsze w czystych łachach bo raczej co parę dni nawet jeśli się podróżuje jest możliwość zrobienia prania w hotelu i wysuszenie go (przyda się sznurek). można dać do prania, ale ja prałem sam saszetki z proszkiem na jedno pranie można wszędzie kupić. (a podkoszulek to można wziąć mniej i kupić sobie od razu fajne podkoszulki na Main Bazaar, za jakieś 90 rupii, a może mniej jak ktoś się umie targować, ja nie umiem) odzież zewnętrzna to w zależności gdzie się jedzie, jak jest w planie łażenie po górach to odzież taka jak w góry łącznie z wysokimi butami, a po za tym to w Indiach raczej krótkie spodenki podkoszulek i sandały sprawdzają się najlepiej, oczywiście zwykle buty tez trzeba mieć, no chyba ze mamy już te górskie (mam wrażenie ze trochę namieszałem) środki do higieny osobistej-to wiadomo własny ręcznik, bo w hotelach czasem są brudne albo źle wyprane śpiwór albo worek do spania, generalnie coś żeby nie stykać się z brudną pościelą. przydaje się mały plecak, na wodę, przewodnik aparat itp.(można do niego tez schować buty przed wejściem do meczetów, ja tak wolałem robić niż zostawiać przed) okulary słoneczne niezbędne, fajnie mieć czapkę z daszkiem, albo inne nakrycie głowy. mała czołówka, przydała mi się nieraz. nóż warto mieć choćby po to żeby obrać cytrusy. przejściówka na gniazdko, parę razy chyba z niej korzystałem. blaszany kubek i grzałka do wody, miałem też herbatę i gorące kubki, przywiozłem je do domu, herbatę zrobiłem sobie tym zestawem może dwa razy, wiec raczej nie jest to sprzęt niezbędny. kropel do odkażania wody nie użyłem wcale. igła nici, pewnie mogą się przydać mi się nie przydały. mp3ka wg. mnie bardzo potrzebna, na te 10-20 godzinne jazdy autobusem, tym bardziej jak się jest samemu. warto mieć przy sobie papier toaletowy notes i coś do pisania, własny długopis niezbędny, bo przy każdej zmianie zameldowania trzeba pisać skąd dokąd itd, po za tym przy kupnie biletu na pociąg wypełnia się druk, i dodatkowo na checkpointach w Kasmirze i Ladackh. lekarstw brałem niewiele, aspirynę, gripex, arachin, plastry, maść odkażającą na otarcia i skaleczenia, plasterki, offa na komary i loperamid. Nie ukrywam ze ten ostatni przydał mi się bardzo, na szczęście tylko raz, chociaż podczas pewnych etapów podróży zażywałem go profilaktycznie. Dobry przewodnik to podstawa. najlepszy jest chyba z serii Lonleyplanet (ja go nie miałem ale spotkałem ludzi którzy go mieli) Nie wiem czy jest polskie wydanie. Co do kasy to wziąłem na wyjazd trochę dolarów, ale tylko jednego wydałem, był to napiwek dla drivera który mnie wiózł do hotelu nie miałem jeszcze drobnych. Na lotnisku W New Delhi jest bankomat z obstawą policji i można odrazy wypłacić rupie i nie bawić się w latanie po kantorach. Warto też być na bieżąco z kursem rupii w stosunku do euro, dolara i złotówki, bo kolesie organizujący np. wyprawy górskie albo jeepa potrafią oszukać podczas negocjowana ceny przy przeliczaniu (zakładam że kalkulator każdy ma w telefonie). Ja dałem się niestety nabić w butelkę przy takiej okazji. Fajnie jest znać swój nr gg i hasło żeby móc się zalogować na web gg, fajnie jest czasem z kimś pogadać,a np w Kashmirze nie działają telefony komórkowe z zagranicy czyli nasze.
-Helsinki W samolocie do Helsinek trochę się zrelaksowałem. Samolot był pełen więc byłem pewien że część osób leci tak jak ja do Delhi i być może już na lotnisku nawiążę jakiś kontakt z innymi turystami. Niestety przed bramą na samolot do Indii nie spotkałem tych, których podejrzewałem o to że lecą w moim kierunku i znów trochę zmarkotniałem. Zostawiłem też polskie gazety w samolocie wiec postanowiłem przejść się po lotnisku w poszukiwaniu czegoś do czytania, bo 8 godzin sam na sam z własnymi niezbyt przyjemnymi myślami trochę mnie przerażało. Lotnisko jest pełne gadżetów z muminkami, bardzo mi się to spodobało bo uwielbiam tę bajkę, a jescze bardziej książki. Kupiłem //////////"Jesień w dolinie muminków//////////" po angielsku, stwierdziłem że będzie to lektura w sam raz na mój poziom angielskiego.
-New Delhi Wbrew temu co czytałem w internecie lotnisko w New Delhi nie jest takie przerażające. Owszem odbiega trochę poziomem od większości lotnisk, ale nie powinno być zaskoczeniem dla podróżnych z naszego kraju, syf podobny jak na Dworcu Centralnym. Kontrola paszportu i odbiór bagażu odbyły się szybko i bez problemu, moją uwagę zwrócili jedynie bagażowi którzy zrzucali walizki i plecaki z taśmy w taki sposób jakby musieli dotykać śmieci, ciągnąc np za jedną tasiemkę, nie zwracając w ogóle uwagi na to że walizki walą z wysokości o ziemię, a dalej przesuwając je głównie nogą. Nie chciałem uprzedzać się z góry i nie brać tego za regułę, ale późniejsze doświadczenia pokazały że niektórzy Hindusi w podobnie traktują turystów, jak widzą że nic u nich nie kupisz, albo nie skorzystasz z jakiejś usługi, zaczynają cię obrażać i z ostentacją traktować jak śmiecia. Na lotnisku na początku wydobyłem kilka tysięcy rupii z bankomatu, a później znalazłem taksówkarza który na mnie czekał, a przynajmniej tak mi się wydawało, to był dopiero pośrednik który zaprowadził mnie do taksówki za co wyczekiwał napiwku i za co mu dałem dolara bo nie miałem jeszcze drobnych. Pokój na 4 noce zarezerwowałem już w Polsce w niezbyt tanim hotelu Grand Godwin, transport taksówką z lotniska też był już zapłacony i kosztował 450 rupii. (transport rikszą kosztuje ok 250 rupii, tzn ja tyle płaciłem później jak jechałem rikszą, ale jak już pisałem nie umiem się za bardzo targować) Przyleciałem w nocy więc nie mogłem zbyt wiele zaobserwować po drodze. Ale i tak byłem trochę zaskoczony widokami i zapachami jakie do mnie docierały przez otwarte okna taksówki. Miałem wrażenie że jedziemy prosto w jakieś cuchnące slumsy z żebrakami śpiącymi na ulicy a nie do miasta w którym za chwile mam zając pokój w prawie luksusowym nowoczesnym hotelu. W końcu dotarliśmy na ulicę tętniącą mimo późnej pory życiem, ale równie brudną jak to co widziałem po drodze. Po zdjęciu w internecie spodziewałem się bardziej spokojnej i czyściejszej okolicy, ale zdjęcie było zrobione od piętra w górę nie ukazując tłumu rikszarzy, straganów z owocami ani ołtarzy z hinduskimi bóstwami, gdzie przy muzyce baraszkowały na dywanie dzieci. Z taksówkarzem nie było łatwo się rozstać bo uparł się że zostanie moim drajwerem na resztę pobytu, i wprost nie mógł uwierzyć że wolę na własna rękę zwiedzać miasto. Podczas meldowania jeszcze parę ceregieli z uzupełnianiem formularza, który później jeszcze wiele razy miałem wypełniać, czyli skąd przyjechałem, na ile, gdzie jadę później, jak długo zostanę w Indiach itd. Przy tym nie odstępował mnie ten natrętny taksówkarz, mimo że odmówiłem mu już chyba z 10 razy. Okazało się też że pokoju Delux, który zamówiłem nie ma i jedna noc spędzę w Superdelux. Z trzech kolesi pracujących w recepcji byłem wstanie zrozumieć tylko jednego, a i tak było ciężko, zaś kiedy prosiłem go o to żeby coś powtórzył, powtarzał jeszcze mniej wyraźnie niż przed momentem, co gorsza miałem wrażenie że bawi ich ta sytuacja. W końcu jednak mogłem pójść do pokoju wziąć prysznic i zwalić się na łóżko. Bałem się że z natłoku wrażeń ciężko będzie mi zasnąć ale zmęczenie było chyba większe i zaraz po napisaniu smsów do rodziców i znajomych zasnąłem. Rano mimo różnicy czasów wstałem dość wcześnie, żeby zdążyć na śniadanie. Kuchnia znajdowała się na dachu hotelu, a potrawy i napoje podane były na szwedzkim stole, w czystych warunkach, także nie miałem obaw co do następstw spożywania tu posiłków. Pijąc kawę mogłem powoli przyzwyczajać się do odgłosów ulicy. W środku czułem zdenerwowanie i ciekawość tego co zobaczę gdy w końcu ruszę w miasto. Po przeprowadzce z pokoju superdeluxe do deluxe (taki sam tylko bez pilota do telewizora) mogłem w końcu opuścić hotel. Pierwszy kontakt z ulicami Delhi nie należał do przyjemnych. Ciężko było mi się przyzwyczaić do okropnego smrodu który trzeba wdychać przez cały czas. Jest to jakby mieszanka spalin, krowich odchodów, śmieci, jedzenia i ludzkiego potu. Okolice dworca kolejowego były pod tym względem chyba najgorszym miejscem. Drugą rzeczą która uprzykrzała mi samotny spacer z hotelu to ciągłe nagabywanie rikszarzy i właścicieli straganów, choć tych drugich mniej bo oni przynajmniej nie mogli za mną jechać ze swoim straganem. Ponieważ miałem tylko gównianą mapkę z przewodnika NG postanowiłem się zaopatrzyć w dokładniejszą, więc rozglądałem się za jakąś księgarnią. W ten sposób trochę na oślep dotarłem do dworca kolejowego. Widok setek ludzi rozlokowanych na podłodze, z których tylko część wyglądała na podróźnych, a znaczna część na żebraków jeszcze bardziej mnie zdołował. Przed wyjazdem postanowiłem nie dawać jałmużny, bo jak czytałem wystarczy dać jednemu żebrakowi a zaraz przybiegną inni. Jednak kiedy odmawiałem i odwracałem się plecami od tych chudych dzieci, albo kobiet z niemowlakiem na rękach, czułem potworny wstyd, a w gardle rosła mi buła. Później zmieniłem podejście i dawałem jałmużny tym których było mi najbardziej żal, i nie pamiętam żeby od razu otaczał mnie tłum żebraków, a nawet jakby to można ich po prostu obejść. Lepiej się czułem ze stratą jednej czy dwóch rupii albo batona, albo nawet fajki niż z tym poczuciem winy i wstydu. Na dworcu kupiłem mapę Delhi, ale niewiele mi ona wyjaśniła, zresztą ulice są podpisane ale tylko na mapie. Pierwszemu rikszarzowi który mnie zagadał, kazałem się zawieźć do Czerwonego Fortu. Zaśpiewał 80 rupii i nawet nie chciało mi się targować. Na miejscu dałem mu nawet 100 bo się strasznie namęczył zanim mnie zawiózł na miejsce, pod górę musiał wręcz zsiadać z roweru żeby go pchać a na miejscu lał się z niego pot. Postanowiłem więcej nie jeździć zwykła rikszą bo znów miałem wyrzuty sumienia, a po za tym coby nie mówić jest dużo wolniejsza od motorikszy. Przed fortem otoczyła mnie zgraja dzieci, nic im nie dałem //////////"bo niemożna dawać//////////". Czerwony Fort zrobił na mnie dużo mniejsze wrażenie niż się spodziewałem. Zwłaszcza atmosfera typowo turystycznego miejsca odbiera chyba sporo uroku temu miejscu. Po za tym sam obiekt jest trochę zaniedbany, zaś muzeum armii hinduskiej robi wręcz komiczne wrażenie swoją nieudolnością. Tam też miałem do czynienia z pewnym zachowaniem które później miało się parę razy powtórzyć a mianowicie zostałem zaczepiony przez przewodnika, oferującego mi swoje usługi. Ponieważ nie chciałem wydawać dużo kasy, oraz i tak zależało mi głównie na zdjęciach, to mu odmówiłem. Po krótkiej rozmowie i dalszym zachęcaniu do swoich usług, kiedy zorientował się że i tak go nie zatrudnię gościu powiedział coś w stylu //////////"po co ja w ogóle z tobą gadam, wy Polacy wszyscy jesteście tacy sami//////////". Oczywiście to samo mówią do Francuzów czy Anglików, ale i tak zdenerwowało mnie to na tyle że później mówiłem zwykle ze jestem z kraju Lipa w Ameryce Pd. To nawet miało lepszy skutek niż myślałem, bo część natrętów dawała mi spokojnie odejść kiedy się orientowali że nie będę z nimi szczerze rozmawiał. Z Czerwonego Fortu chciałem dojść do Sadar Bazar, zapuściłem się w wąskie uliczki wzdłuż głównej alei Chandini Chowk. Co ciekawe w tych wąskich ale bardzo zatłoczonych uliczkach mimo, że byłem jedynym (naprawdę, nie spotkałem tam w ogóle turystów) obcokrajowcem, a może własnie dlatego, anie razu nie zostałem zaczepiony przez sklepikarzy. A wystarczy wyjść na Chandini Chowk, żeby nie móc się opędzić od rikszarzy i sprzedawców. W tych wąskich uliczkach poczułem się naprawdę w sercu miasta które żyje swoim niezależnym od turystów życiem. Tamte sklepy i bary nie były nastawione na turystów, to było zwykłe hinduskie miejsce handlu, pełne stoisk z guzikami, koralikami, materiałami, ubraniami, butami. Niestety nie odważyłem się tam zrobić zbyt wielu zdjęć, bo każde wyciągnięcie aparatu przyciągało ciekawy wzrok tym bardziej próba zrobienia zdjęcia komuś lub czemuś. W ten sposób dotarłem do meczetu Fatehpuri, który leży na końcu Chandini Chowk. Po zdjęciu butów Wszedłem do środka. Spokój i cisza wewnątrz meczetu były dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Tu także nie spostrzegłem innych turystów. Z trudem dotarłem po rozgrzanej posadzce pod drugą ścinę meczetu gdzie był cień. Tam już czekali na mnie ciekawi mojej osoby dwaj chłopcy, którzy przez pewien czas nie odstępowali mnie na krok. Musze przyznać że nie uwierzyłem w dobre intencje tych chłopców i potraktowałem ich bardzo nieufnie. Zamieniłem z nimi parę słów, ale generalnie unikałem rozmowy, bo obawiałem się że w zamian będą żądali ode mnie jakiegoś napiwku. Później przekonałem się że nie każdy hindus czegoś ode mnie chce, czasem zaczynają rozmowę bo są po prostu ciekawi. Chcąc wyjść z meczetu drugą bramą musiałem przejść obok szkoły dla dzieci, pod którą zresztą spotkałem innych chłopców którzy z linijkami w ręku pilnie coś rysowali w zeszycie wprost na ziemi i nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Scena wydała mi się na tyle ciekawa że chciałem zrobić zdjęcie, ale znów nie miałem odwagi żeby zapytać słowami lub gestem czy nie maja nic przeciwko. Po wyjściu na ulicę nie miałem już ochoty na dalsze zwiedzanie, Byłem zły na siebie że w taki idiotyczny sposób zachowałem się w meczecie. Na dodatek zaczepił mnie jakiś koleś podający się za policjanta, ale nie wyglądający. Kazałem mu pokazać dokument, na co ten wyciągnął wymięty kawałek papieru na którym ołówkiem narysowana była legitymacja. Nawet mnie to rozbawiło ale i tak jak najprędzej obróciłem się na pięcie i odszedłem żeby złapać riksze, bo jak na jeden dzień miałem już dosyć zaczepek jak się okazuje nie tylko handlarzy ale i dziwaków. Kiedy dotarłem na róg ulicy na której znajdował się mój hotel, było już ciemno. Nie pamiętam ile zapłaciłem rikszarzowi ale chyba ok 100 rupii (100napewno) wiec tyle samo co za rowerową. Mimo późnej pory uliczka tętniła życiem, chyba jeszcze bardziej niż za dnia. Niedaleko hotelu odbywał się mały festyn ku czci jakiegoś bóstwa. Przed zbudowanym ołtarzem podobnym do naszych na święto Bożego Ciała, były rozłożone dywany na których do muzyki tańczyły albo poprstu wygłupiały się dzieci. Z boku siedzieli dorośli (możliwe że rodzice). Kiedy robiłem z dość dużej odległości zdjęcia podszedł do mnie młody chłopak który miał wózek z owocami naprzeciwko ołtarza. Prawdę powiedziawszy znów spodziewałem się jakiejś próby nakłonienia mnie do kupna, ale zostałem mile zaskoczony. Koleś widząc moje zainteresowanie festynem podszedł żeby pochwalić się że jego wujek przewodniczy tej ceremonii, wyjaśnił że jest to festyn na cześć boga Ganesy, zaproponował tez żebym podszedł bliżej i porobił fotki. Tym razem nie czułem że koleś oczekuje jakiegoś napiwku za swoją pomoc, po prostu był przyjazny. Kolację zjadłem w hotelu. Po tym pierwszym dniu miałem niesłychany kołowrotek myśli i emocji w głowie. Zimne piwo na dachu hotelu wprawiło mnie jednak w lepszy nastrój. Na drugi dzień po przebudzeniu, wróciły niestety nieprzyjemne myśli. Nie miałem ochoty przechodzić tego samego co dzień wcześniej, postanowiłem jak najszybciej opuścić Delhi. Pierwszego napotkanego rikszarza poprosiłem o dostarczenie mnie do Central Tourist Ofiice, i trafiłem oczywiście do innego Tourist Office. Mimo że czytałem że w takich wypadkach należy od razu zrezygnować nie zrobiłem tego i tak kupiłem bilet lotniczy i 3 dniowy pobyt w Shrinagar w Kaszmirze. Miałem już wtedy plan żeby stamtąd udać się autobusem albo jeepem do Leh. Za bilet i pobyt w Shrinagarze zapłaciłem 180 usd. W tym była też taksówka którą mogłem do końca dnia jeździć po Delhi. Zaznaczyłem kółkiem kika miejsc na mapie i ruszyłem z drajwerem w miasto. Na początek zaliczyłem największy meczet w Indiach Jama Masjid, który robi na mnie równie wielkie wrażenie, następnie pojechaliśmy pod India Gate (nic ciekawego), później park z grobem Gandhiego (również niezbyt ciekawe miejsce) i na koniec do przepięknej i olbrzymiej świątyni Akshardham która ciągle jest w budowie (niestety przy wejściu trzeba zostawić aparat w przechowalni jak i telefon oraz fajki). Kierowca wykorzystywał natomiast każdy postój żeby się zdrzemnąć. Przed powrotem do hotelu pojechałem jeszcze po bilet do biura w którym go kupiłem, a w hotelu sprawdziłem jeszcze na Bookingonline czy rzeczywiście jest taka rezerwacja, bo to biuro nie wydawało mi się do końca godne zaufania. Na szczęście miałem rezerwacje, więc wieczorem się wymeldowałem, a rano byłem już w samolocie do Shrinagar
-Shrinagar (Kaszmir) Odprawa na lotnisku w Delhi trwała dość długo, najpierw kontrole przeszły bagaze ,później z oznaczonym specjalną taśmą plecakiem mogłem iść do odprawy. Przed wejściem do samolotu, zostałem jescze wezwany do pomieszczenia gdzie miałem wskazać swoj plecak, dzieki temu mniej obawiałem się że mogłbym wylądować na miejscu bez bagaży. Niewielkim samolotem do Shrinagar leciało może z 50 osób głównie Hindusi. Dostałem miejsce przy oknie i już zacierałem ręce na myśl że z okna ujżę może nawet Himalaje, ale szybko przekonałem się że przez grubą warstwę chmur nie zobaczę niczego. Na miejscu lało, miasta nie widać, na pustkowiu stoi barak, wokół niego ogrodzenia z drutu kolczastego i samochody wojskowe. Obok baraku powstaje nowy budynek lotniska. Pozatym dużo chłodniej niż w Delhi. Na lotnisku odanjduje mnie gospodarz houseboatu imieniem Ramid. Od początku robi na mne neprzyjemne wrażenie. Do twarzy ma przyklejony fałszywy uśmiech, ktory znika gdy tylko odwraca glowę. Po wypełnieniu formulaża,o którym już pisałem poszliśmy do samochodu. Po drodze mijamy jescze wiele posterunków wojskowych, jak sie też okazało w mieście wciąż dochodzi do zamieszek wszczynanych przez muzułmanów niechętnych budowie osiedli Hindu na terenach muzułmańskich. A ja mimo że napięcie wisi w powietrzu jadę z trójką hindusów z których dwóch sądząc po nakryciu głowy to muzułmanie w nieznaym kierunku. W dodatku jest Ramadan, a telefon nie dziala w tej części indii. Wkońcu dotarliśmy na miejsce gdzie były zacumowane houseboaty trochę na wyrost noszące nazwy znanych pałaców np //////////"Buckingham Palace//////////". Zanim jescze dosatłem pokój zostałem zaproszony na herbatę, podczas której mój niesympatyczny gospodarz odrazu zaczął namawiać mnie na wycieczke w góry, a kiedy dowiedział się że dalszym etapem ma być Leh, postanowił też zająć sie zorganizownaiem jeepa i noclegu w Kargil i Leh. Na samotną wyprawę w góry z tymi ludźmi nie było mowy, tak samo na transport do Leh w nieznanym towarzystwie. W trakcie rozmowy wyszło że nazajutrz w góry wyrusza pewien Francuz który mieszka na łodzi obok, a za 4 dni do Leh jedzie dwójka Anglików, z którymi mógłbym jechać. Pzed podjęciem decyzji poszedłem zobaczyć sie z moim przyszłym towarzyszem górskich wycieczek, który okazał się na tyle sympatyczną osobą że w rezultacie wspólnie później odbyliśmy niemal cała drogę. Zaś w tym momencie nie mając zaufania do naszego gospodarza zaczęliśmy rozmawiać po francusku co skonczyło sie tym że nasza rozmowa została przez tegóż brutalnie przerwana. Dalsze negocjacje co do ceny wyjścia w góry i transportu do Lech odbywały się już w napiętej atmosferze, niestety dałem się oszukać przy przeliczaniu kursu i generlnie przepłaciłem za wyście w góry i transpotr do Leh, jak sie później okazało nie tylko mnie to spotkało. Kładłem się spać pełen złych emocji, a dobiegające z kilku meczetów do samej północy modły, przypominające stadionowe przekrzykiwania kiboli, nie ułatwiały zaśnięcia. Naszczęście miałem mp3kę a dzwieki Orbitala zdołały mnie jakoś ukołysać do snu. Nazajutrz pojechaliśmy w góry z Fredem gdzie spędziliśmy 3 dni w wiosce zamieszkałej przez hinduskich Cyganów. Ludzie tam mieszkający są jak sadze potomkami tego samego ludu który póltora tysiaca lat temu uciekając przed muzułmańskimi najeźcami dał początek błąkającym się teraz po Europie Romom (ludziom bez ziemi), ale wbrew nieciekawym opiniom na temat tych ostatnich, Cyganie z Kszmitu okazali sie ludzmi otwartymi, prostymi i życzliwymi, i w przeciwieństwie do dotychczas poznanych ludzi nie czuć było z ich strony tak typowego dla wiekszosci hindusów traktowania turysty jak chodzacy portfel. Większość z nich zajmuje sie hodowla bydła na wysokich halach, a w tym okresie sprowadzli bydło z gór do dolny. Górskie haty w których mieszkają latem całymi rodzinami to istny skansen, 4 ściany z grubych bali płaski dach pokryty darnia, w środku klepisko, na ścianie przy drzwiach w niewielkim obniżeniu podłogi palenisko w glinianej wnęce z dziurą u góry na którą stawia sie garnek. Na przeciwnej ścianie drewniane piętrowe łóżka a obok nich mała zagródka dla kóz. My naszczęście mieszkaliśmy w wiosce w zimowym domu;:) czyli zwykłym (zwykłym pozatym ze nie ma tam mebli, a siedzi się, je i śpi na czymś w rodzaju koców na podłodze) murowanym dwupiętrowym domku ze spadzistym dachem. Z powodu kiepskiej pogody na trzy dni pobytu tylko raz wyszliśmy w góry, robiliśmy więc spacery po okolicy, łowiliśmy pstrągi mając tylko kawałek żyłki i haczyk oraz wygrzebane z ziemi robaki. A po południu jedliśmy obiad gotowany przez naszego przewodnika oraz graliśmy w karty popijając gin, i pląc skręty z haszyszem, które jak sie okazało najlepiej wychodziły Fredowi wiec skręcał wszystkim. (Jeśli chodzi o marichuanę i robiony z niej haszysz to w Kaszmirze sa to środki chyba bardziej popularne od tytoniu, bo konopie rosna dziko niczym chwasty nawet w mieście, a w górach były całe połacie tego zielska, tak ze czasem idąc ściezka gęsto obrośniętą z obu stron krzewami konopii można było stracić równowagę:) Wracając do wieczornych nasiadówek z naszym i kilkoma innymi przewodnikami oraz parą z Izraela, to oprucz pokera na zapałki graliśmy w makao (nigdy bym nie przypuszczał że to taka międzynarodowa gra), które w wersji hinduskiej różni sie tylko kilkoma zasadami. Tylko raz jeden juz troche podchmielony przewodnik zmącił atmosferę nalegając żeby zagrac na pieniądze, ale został szybko spacyfikowany przez reszte toważystwa. Pozatym naprawde nie czuć było żadnej zachłanności w tym towarzystwie. Przed samym wyjazdem zostawiliśmy z Fredem rodzinie u której nocowaliśmy niezbyt wywygorowany napiwek mimo że nie było żadnego wyciągania ręki po pieniądze. Nie chciało mi się wracać na houseboat a tym bardziej oglądac fałszywej gęby Ramida. Od młodych chłopaków z wioski dowiedziałem się że za zorganizowana wyprawę w góry taka kilkudniowa z końmi namiotami jedzeniem biorą tysiąc rupii za dzień, ja za te 3 dni zapłaciłem Ramidowi chyba z 7 tysięcy. Po powrocie na houseboat spotkałem sie z Jonem i Mirandą, przefajnymi ludzmi z którymi od początku było niezwykle zabawnie i nie do końca na serio co mi bardzo odpowiada. Następnego dnia zostaliśmy jescze w Shriangar gdzie zrobiliśmy sobie wycieczkę łodzią po jeziorze, odpierajac ataki handlarzy biżuteria próbujących nam wcisnąć jakieś błyskotki. Kolejny dzień to niezwykle męcząca bo ponad 15 godzinna podróż jeepem do Leh. Po drodze zatrzymaliśmy sie w Kargil na obiad do którego zamówiliśmy piwo. Po chwili konsternacj ze strony obsługi dostaliśmy trzy Kingfishery ale musieliśmy je pić ze szklanek owiniętych papierową torebka a butelki również zapakowane w papier trzymac pod stołem, mimo że byliśmy jedynymi klientami restauracji, Alllach widzi przez ściany. Wieczorem byliśmy w Leh a na drugi dzień, dojechali Fred Imbal i Avi. W tym momencie zaczęła się najpiękniejsza i najprzyjemniejsza część podróży. Niestety wstępem do niej była okropna biegunka, która męczyła mnie niemal przez całą drogę z Kargil do Leh. Widać Allach postanowił ukarać mnie za złamanie postu, nie dał w pełni nacieszyć się przepięknymi widokami coraz to nowych gór. John nie wypuszczał aparatu z ręki i co chwilę wydawał komendę //"window//" na którą Miranda otwierała jedno z bocznych okien. Nasz samochód wspina się serpentynami po zboczu tak stromym że aż strach spojrzeć w dół, by za chwilę znaleźć się na dnie kanionu którego ściany mają kilkaset metrów. Co chwila mijamy wielkie kolorowe ciężarówki, które dzięki tym wszystkim malowidłom i błyskotkom są czymś więcej niż tylko samochodami. Do Leh docieramy późno w nocy i od razu idziemy spać. Dopiero po przebudzeniu przecieram oczy z wrażenia, ponieważ miasto otoczone jest przepięknymi górami, a w oddali widać ośnieżone szyty. Mimo że Leh jest stolica prowincji Ladakh nie ma w sobie nic z przytłaczającej atmosfery Delhi. Nie ma tu przede wszystkim rikszarzy którzy potrafią uprzykrzyć wędrówkę po mieście. Dominują sklepiki albo markety z pamiątkami i tradycyjnymi wyrobami tybetańskimi, tzw //"refugee market//" co znaczy że sprzedają tam uchodźcy z Tybetu, ale nikt w natarczywy sposób nie nakłania do wejścia, ani do kupienia czegokolwiek, tym bardziej nie rzuca pogardliwych spojrzeń lub uwag gdy się wychodzi z pustymi rękami. W mieście jest też wiele biur turystycznych oferujących treking w różne miejsca, i znów szok w porównaniu z biurem w Delhi, że nawet po złożeniu propozycji wycieczki nikt nie przekonuje nas za wszelka cenę żeby kupić, nie wymyśla nowych wariantów i nie mami superpromocjami żeby natychmiast podjąć decyzję. W ten sposób szukaliśmy z Fredem i parą z Izraela wycieczki do doliny Nubry, ale ze względu na wysokie ceny w biurach postanowiliśmy spróbować jeszcze na własną rękę poszukać transportu. Nie pamiętam już ile kosztowała opcja proponowana przez biuro, nam udało się znaleźć taksówkarza który za 3,5 tys rupii zgodził się nas tam zawieźć jednego dnia i wrócić następnego. Nazajutrz o godzinie 5ej czekamy już w umówionym miejscu na naszego kierowcę, ale nikt się nie zjawia, po pól godzinie udaje się nam do niego dodzwonić, na szczęście okazało się tylko że Fred nie do końca zrozumiał gdzie będzie na nas czekała taksówka. Już z za chwilę, ściśnięci niczym sardynki w minibusie Suzuki, wspinamy się na najwyższą przejezdna przełęcz Khardung La 5602 m n.p.m. Cały czas jedziemy zacienioną stroną łańcucha górskiego za którym leży dolina Nubry, by przed sama przełęczą, doznać olśnienia niesamowitym widokiem Leh w pierwszych promieniach słońca z wysokości ponad 5u tysięcy metrów. Na przełęczy robimy mały postój na herbatę i krótka wojnę polsko-francusko-izraelską na śnieżki. Jeszcze ponad godzinę czasu zajmuje nam dotarcie do miejsca skąd widać dolinę Nubry. Błękitna wstążka rzeki przecina pustynne dno żłobiąc w nim fantazyjne wzory, a u stóp górskiego łańcucha ozdobionego koronką śniegu przycupnęły zielone oazy wsi i buddyjskie klasztory. Dolina Nubry to wspaniałe miejsce, i co najlepsze nie jest wcale tłumnie oblegane przez turystów. Pierwszym miejscem do którego się udaliśmy była niewielka knajpka w miejscowości Diskit. Lokal raczej z tych niewymienianych w przewodnikach, ale jedzenie w porządku i w dodatku nic nikomu nie zaszkodziło. Na centralnym miejscu tego przybytku stał portret Dalajlamy a tuż pd nim przy stoliku posilał się mnich wyglądający jak wierna kopia Jego Świątobliwości, głównie przez identyczne okulary, które jak później zauważyłem są bardzo popularne wśród buddyjskich mnichów. Swoim pojawieniem się w tej restauracji wzbudziliśmy zainteresowanie dzieci które przez jakiś czas z dużym zainteresowaniem przyglądały się nam przez brudną szybę.
Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy był klasztor w Sumur, gdzie przytrafiła nam się niezwykła przygoda. Przedtem jeszcze muszę wspomnieć że nasz kierowca od początku bardzo sympatyczny, chętnie odpowiadał nam też na pytania jakimi go dręczyliśmy, i tak między innymi wyjaśnił nam że chłopcy idą do klasztoru w wieku ok 8 lat. Gdy zobaczyłem z daleka mnichów niosących na oko trzyletniego chłopca oczywiście nie omieszkałem zapytać naszego przewodnika o wyjaśnienie. Okazało się że ten berbeć w mnisim wdzianku to inkarnacja znanego lamy z tego klasztoru. Na prośbę naszego przewodnika mnisi przyprowadzili tę przedziwną osobistość, by mogła nasz pobłogosławić. Musieliśmy wszyscy przykucnąć żeby mały lama zdołał dosięgnąć naszych głów i niezdarnym ruchem ręki pobłogosławić dotykając czoła każdego z nas. Jeśli ktoś oglądał film „Kundun” może sobie wyobrazić jak dziwnie i niesamowicie może dla nas wyglądać taka ceremonia. Jak głosi tradycja błogosławieństwo lamy może obudzić nasz umysł, a nawet wyleczyć nas z chorób, ponieważ lama stale przebywa w stanie medytacji. Nie zauważyłem poprawy zdrowia ani większych zmian duchowych od tego czasu ale też mój trzyletni mistrz nie wyglądał na specjalnie skupionego:).
Z Sumur udaliśmy się w kierunku Hundar na wydmowe pustynie. Niestety mimo że wytężaliśmy wzrok nie udało nam się dostrzec żadnego wielbłąda.
Ostatecznie nie zostaliśmy na noc w dolinie, Imbal i Avi chcieli już wracać, Fred nie specjalnie, ja chciałem zostać bardzo, ale nie udało mi się przekonać współtowarzyszy. Jak widać podróżowanie w grupie też ma czasem swoje minusy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się koło karkołomnie położonego klasztoru Diskit Gompa, najstarszego w dolinie Nubry, który właśnie przygotowywał się do wizyty jednego z najbardziej znanych nauczycieli buddyzmu lamy Karmapy. Kilka dni później wybraliśmy się z Fredem na publiczne wystąpienie Karmapy niedaleko Leh. Kolejne dni pobytu w Leh poświęciliśmy z Fredem na zwiedzanie okolicznych klasztorów, rozstaliśmy się też ze zanjomymi z Izraela, którzy mieli zamiar trochę odpocząć i poszwędać się po lokalnych targowiskach. Zwiedzanie okolicy przy pomocy autobusów nie przysparza większych problemów, a same autobusy są w naprawdę przyzwoitym standardzie. Spotkaliśmy się jeszcze raz z Johnem i Miranda tuż przed ich wyjazdem do Manali, gdzie i my mieliśmy niedługo zamiar jechać. Przedtem jednak pojechaliśmy na wielkie plenerowe spotkanie ze wspomnianym wcześniej Lamą Karampą. Już kilka kilometrów przed rezydencją Dalajlamy w Choglamsar robił się porządny korek więc wszyscy opuścili autobus i dalej szli pieszo. W końcu dotarliśmy na wielką łąkę z budynkiem przypominającym ołtarz pośrodku, i wielkim kolorowym tłumem ludzi sadowiących się powoli na karimatach i kocach. Atmosfera trochę mniej podniosła niż na polskiej mszy z udziałem biskupa. Pobliski postument buddy ze schodkami szturmuje tłum dzieciaków, młodzi mnisi biegają jak szaleni od wielkiego kotła z herbatą pod ołtarz gdzie siedzi kilkuset mnichów oraz z kilkudziesięciu żołnierzy. Ale herbata i ryż z rodzynkami rozdawane są też zwykłym ludziom. Karmapa przemawiał w jezyku tybetańskim co eliminowało mnie z grona słuchaczy. Co dziwne nagłośnienie było naprawdę słabe i myślę że z całego tłumu tylko kilkadziesiąt najbliższych rzędów mogło cos słyszeć ze słów Lamy. Tym razem obserwując kliku fotografików którzy wyglądali na prosów postanowiłem trochę ponaśladować ich metody pracy. Okazało się że jestem w stanie podchodzić do ludzi i przystawiać obiektyw do twarzy bez nawet gestu przyzwolenia z ich strony, ale przyznam szczerze że im dłużej się zachowywałem w ten sposób tym bardziej czułem że włażę z buciorami do czyjegoś ogródka. Podczas festiwalu w Leh nie miałem już ochoty udawać prosa i cynicznie wykorzystywać każdą sytuacje nawet gdy widziałem że ktoś czuje się skrępowany gdy robię mu zdjecie. ( a moje ulubione zdjęcie z wyjazdu zostało zrobione trochę później w sytuacji wręcz odwrotnej, dużo bardziej „intymnej”, za zgodą osoby fotografowanej, i nigdy nie zapomnę kontekstu w jakim zostało ono zrobione. Otóż zaczepiła mnie bardzo młoda żebraczka która była w towarzystwie jakiegoś owrzodziałego starca. Dałem jej kilka rupii ale poprosiłem żeby mi zapozowała. Natychmiast zaczęła poprawiać swoje bardzo brudne i postrzępione ubrania a na jej twarzy pojawił się bardzo skromny i ulotny uśmiech specjalnie do tego zdjecia, który jednak nie zdołał ukryć smutku płynącego z wielkich pięknych oczu. Za każdym razem kiedy je oglądam czuje się tak samo przygwożdżony jak w momencie kiedy po zrobieniu zdjęcia odwracałem się by pójść w swoją stonę. Nawet kiedy nie patrzę na zdjecie, nieraz myślę o tym co teraz może się dziać z tamtą smutną dziewczynka .)
Mimo że na festiwal przyszliśmy dośc wcześnie to nie udało się nam zająć miejsc siedzących i po wystąpieniu kilku grup z różnymi tańcami bez wiekszego żalu poszliśmy kupić bilety na autobus do Manali. W drodze na jednym z checkpointów zauważyłem w rękach oficera jeszcze jeden, oprócz mojego, paszport w czerwonej okładce i byłem prawie pewien że w autobusie jest jeszcze jakiś Polak. Za chwilę podeszła do mnie Agnieszka z moim paszportem w rękach, także reszta drogi upłynęła mi w miłym towarzystwie i wreszcie po długim czasie mogłem z kimś zamienić parę słów po Polsku. Po przyjeździe do Manali, wynająlem pokój w hotelu polecanym, przez Lonleyplanet Freda (w zasadzie hotel znajduje sie w miejscowości Vashist). Oczywiście w kategorii budget, .co było widoczne zaraz po wejściu do pokoju - brudne ściany i łazienka, pościel taka że wolałem spać w śpiworze. Hotel był za to bardzo ładnie położony na wysokiej skarpie i miał duży taras z przepięknym widokiem na góry. Z Manali musiałem wziąć rikszę. Co mnie lekko zirytowało, cena za kurs nie podlegała żadnym negocjacjom mimo że próbowałem u kilku rikszarzy. Fred miał przyjechać dzień później bo zabrakło miejsc w autobusie. Poszedłem pozwiedzać hinduistyczne świątynie wymienione w przewodniku. Trochę przypomniał mi się klimat z Karpacza i okolic świątyni Wang, podobne stoiska z koszulkami i innymi pamiątkami, kolesie proponujacy za 20 rupp zrobienie fotki na grzbiecie jaka albo z kobrą na ramieniu (no te ostatnie atrakcje może nie do końca jak w Karpaczu). Spodobała mi sie natomiast świątynia na która sie natknałem po drodze do hotelu, nie była to budowla jedynie grube drzewo, po d którym ludzie składali różne ostre przedmioty, głównie noże, a także zapałki i zapalniczki, tak jakby oddając to co może skrzywdzić drzewo, choć nie wiem czy taka interpretacja jest właściwa. Wieczorem dotarł Fred i poszliśmy wspólnie z Johnem i Mirandą na piwo. Knajpeczka do której się wybraliśmy była już pełna międzynarodowego towarzystwa w dużej części upalonego haszyszem i zrobionego piwkami. Zostaliśmy na tarasie bo chyba żadne z nas nie czuło za bardzo hipisowskiego klimatu panującego wewnątrz. Następnego dnia zaczęło mżyć. Poszliśmy się wykąpać w goracych źródłach w Vashist. Są to bardzo stare baseny z ciekawymi ornamentami w kamieniu. Woda była troche mętna ale nie zniechęciła nas do wzięcia kąpieli. Kolejnego dnia rano padało już trochę bardziej pożegnaliśmy się z Johnem i Mirandą i z Fredem wsiedliśmy do autobusu który miał nas zawieźć do Haridwar, nad Gangesem. Padało przez calą drogę która zamiast 15h trwała ponad 20 bo autobus dwa razy się po drodze zepsuł. Gdy wysiedliśmy z autobusu święte miasto Hindusów tętniło już życiem tysięcy pielgrzymów, sadhu, straganiarzy, rikszarzy i żebraków. Wstałem wcześnie obudzony śpiewami Sadhu, którzy jak się okazało usiedli rządkiem pod samym hotelem z wyciągniętymi miskami, a jakaś postać szła z kotłem i coś tam do niech nakładała. Na sąsiednim balkonie spostrzegłem małpę, ale jak wróciłem z aparatem gdzieś już znikła, ale przynajmniej wiedziałem że lepiej nie zostawiać otwartych drzwi balkonowych, nawet na 3im piętrze. 3dniowe ulewy ustały. Przed wyjściem z hotelu biorę tabletkę na żołądek, bo nawet te dwie polecane przez LP restauracje wyglądają tak sobie. Nie widać zbyt wielu turystów, wiekszość raczej stanowią pielgrzymi hinduscy. Nie jesteśmy też wcale tak bardzo zaczepiani jak miało to miejsce w Delhi. Pierwszą rzeczą którą idziemy załatwić to kupno biletów. Najpierw trzeba wziąć ze specjalnego okienka druczek gdzie wypełnia się datę wyjazdu, miasto do którego się chce jechać, imię, nazwisko, nr paszportu. Z tym druczkiem dopiero się staje w mega kolejce po bilet i godzinka z głowy. Bilet do Delhi kosztował 100 rupii. Później idziemy nad Ganges, tutaj pierwsza próba naciągactwa, że niby trzeba kupić bilet na pobyt na brzegu rzeki. Panowie wyglądają bardzo oficjalnie, mają wydrukowane formularze, są bardzo natarcywi i straszą policją jak się ich wysyła do diabła. W tym momencie zaimponował mi przewodnik LP Freda, bo przestrzegał przed tymi oszustami. Zastanawiam się teraz jak to jest możliwe że w tym świętym miejscu, pełnym świętych ascetów, bujają się całkiem oficjalnie tacy oszuści i nikt im nic nie powie. Poszliśmy na główne schody schodzące do rzeki. Fred kupił jedna z liścianych łódeczek by puścić ją na wody Gangesu w jakiejś swojej intencji. Później wybraliśmy się do Mansa Devi Temple. Świątynia bogini Manasy znajduje sie na wysokim wzgórzu na które można dotrzeć na dwa sposoby. Albo nie budzącą zaufania kolejką linową przypominającą bardziej urządzenia z obwoźnego lunaparku niż poważny środek transportu, albo długimi krętymi schodami, wzdłuż których spotkamy nieskończoną ilość żebraków, grajków, sadhu, straganiarzy itd. Trzeba wszystkiego uważnie pilnować zeby nie zostać okradzionym przez zwinne małpy, które siedzą na murku wzdłuż schodów i tylko czekają żeby coś wyrwać gapowatemu turyście, tak właśnie Fred stracił reklamówkę z jedzeniem. My weszliśmy po schodach zjechaliśmy zaś kolejką. Na górze przed wejściem trzeba zostawić buty, a później poruszać się niczym na taśmie w okropnie ściśniętej kolejce wzdłuż kolejnych ołtarzyków, przy których należy zostawić trochę grosza. Warto mieć zatem ze sobą sporo drobnych. W Haridwar co jakiś czas można spotkać kogoś z deską na której ma poukładany bilon, i zamienić sobie banknoty na monety. Bardzo się to przydaje przy takiej ilości żebraków, jak się później okazało w Delhi też raczej nikt się nie obrazi jak się mu daje symboliczna raczej rupię. Drugiego dnia pojechaliśmy do kolejnego świętego miasta Rishikesh, który znajduje się niedaleko. Najbardziej wypatrywałem jakichś śladów pobytu Beatlesów ale żadnej pamiatkowej tablicy czy informacji tego typu nie znalazłem. Następnego dnia rano siedzieliśmy już w pociągu do Delhi. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu tego czego jeszcze nie widzieliśmy w Delhi: Mauzoleum Humajuna, Świątynię Lotosu, Kompleks Qutub. Mój paniczny strach jaki mnie dopadł gdy wysiadłem z samolotu w Delhi całkowicie zniknął. Nie przeszkadzał mi już tłum, hałas, smród i zaczepki, jakoś sie na to wszystko uodporniłem. Tuż przed moim odjazdem zjedliśmy jescze z Fredem obiad w kanjpeczce i poleciałem łapać rikszę na lotnisko. Fred miał zamiar kontynuować podróż aż do Nepalu. Mimo ciężkich chwil jakie przeżyłem na początku wyjazdu, nie zraziłem się do podróżowania, wręcz przeciwnie, od tamtego wyjazdu moja tęsknota jeszcze się wzmogła. Dzięki wszystkim którzy przeczytali i skomentowali mój blog. Zapraszam też do bloga w trochę innej formie pod adresem: http://wycieczkadoindii.blox.pl/html
Postaram się kontynuować. Shrinagar jest dosć hardcorowym miejscem, jesli się tam wybierasz to uważaj na takich naciągaczy w typie mojego gospodarza, tak samo nie polecam zwiedzania fabryki dywanow z kaszmirskiej welny, bo zaprowadza was do magazynu z dywanami i przy herbatce beda wciskac towar. jest jednak sporo fajnych ludzi, jak np przewodnicy, niestety zdarza sie ze sa oni zatrudniani przez takie kanalie, i sami na nich bluzgaja ale co maja zrobic, jak koles ma ful siana i znajomosci w miescie, wiec robia co chca. Nocleg na lodzi jest fajna opcja, dosc tania, ale przedewszystkim jest pieknie nad jeziorem, jak znasz ceny z LP i nie dasz sie zrobic w bambuko jak ja to polecam. Rano co prawda beda cie budzic klesie na lodkach podplywajacy pod twe okno i wciskajacy ci kwiaty, po nich lodzie z owocami, po nich z mydlami i perfumami, i od czasu do czasu kolesie z czarnymi teczkami z /"najlepsza jakosciowo/" bizuteria. Zobaczyc za to mozna jak sie poprosi takiego od lodzi zeby nas przewiozl (poplynal z nami),targ na srodku jeziora na lodziach, wioseczki na wyspach odciete od ladu, plywajace żywe ogrody, po ktorych mozna nawet przejsc się zakladajac ze nie wazy sei 150 kg. Co do Ladakh ,Leh, Manali to zupelnie inna bajka, miejsca mocno turystyczne, ale tez inna mentalnosc ludzi nie tak nachalna jak w przypadku Shrinagar, duzo turystow z calego swiata, piweczko na pozadku dziennym tudziez nocnym a nie jak w Shrinagar spod stolika. Polecam doline Nubry, zupełnie inny swiat wypelniony, klasztorami buddyjskimi i cisza, ktorej strzgą ze wszystkich stron monumentalne góry (zeby sei tam dostac trzeba przejechac przelecz na wys 5600mnpm). W jednym z tych klasztorów spotkać za to można 5 letniego strzezonego przez mnichów jak jajko lamę a raczej inkarnację slynnego lamy z tego klasztoru i uzyskac od niego błogosławieństwo,...jak sie przykucnie żeby mół siegnać do naszego czoła.
Dodał(a): anmaduku, (18/08/2010 21:22)
Szukam czegoś o Kaszmirze. A dokładnie wszystkiego. Wybieram się tam za 2 tygodnie. Sama. Ale do ludzi poznanych przy okazji wczesniejszego pobytu w Indiach - Goa. Ufam i nie ufam. Jak zwykle. Twoja relacja jest bardzo pomocna. Masz coś jeszcze do dorzucenia? Pozdrawiam
Witam. Diękuję za komentarze, i przepraszam że porzuciłem pisanie relacji na tak długi czas. Dodałem kolejny rozdział z wycieczki do Indii, a konkretnie z pobytu w niespokojnym Kaszmirze, czy może raczej //"koszmarze//" bo był to zdecydowanie najgorszy moment wycieczki. Pozdrawiam Panią Elę, i zachęcam do przeczytania dalszej relacji.
Komentarz edytowany przez autora.
Dodał(a): pani Elka L., (30/06/2009 14:45)
Zaglądam tu, żeby dalszą część reportażu przeczytać. A interesuję się, że tak powiem, ze względów zawodowych. Dobre streszczenia dają mi przyjemność. A jeszcze jak autor człek nie obcy
Dodał(a): Gość, (23/04/2009 21:20)
No tak, podróż to nie łatwa rozrywka.Szczególnie do miejsc nieco surowych. chce się zobaczyć i rzeczywiście widzi się, doświadcza aż za dużo, za mocno.Poza tym to nie tylko to, że się zwiedziło trochę Indii ale też to, że Indie były odwiedzone przez Olka.Taka przygoda.
Przepiękne zdjęcia. Razem z opisem i indyjską muzyką ;) sprawiają, że można sobie wyobrazić życie w Indiach. Chociaż pewnie nie oddają w pełni klimatu. A ten Włóczykij jest uroczy :D
Napewno chciałbym wrócić jescze kiedyś do Indii, choć w międzyczasie też chciałbym coś innego zwiedzić. Jeśli mi sie to uda to pewnie południe będzie celem wyjazdu.
ja za to nie mam problemu z utargiem:P wystarczy miec ladne oczy hehehe:P super wyprawe miales Olek..zazdroszcze..tylko szkoda ze poludnia nie zwiedziles..moze next time:)